Wczoraj, została doceniona praca i wkład w rozwój Samorządu Studenckiego. Otóż zorganizowaliśmy (a dokładniej Piotr) "Spotkanie integracyjne" w domu Ekologa na Myślęcinku.
Wszystko zaczęło się od porannych warsztatów z komunikacji interpersonalnej. Ja lekko skacowany, zaspany podszedłem do tego sceptycznie ze względów zdrowotnych. Co się okazało Pani Asia która to poprowadziła okazała się kobietą przed trzydziestą z ogromną wiedzą, charyzmą i pasją. Dzięki tym cechom ponad 4 godziny utrzymywałem się przy życiu by dowiedzieć się co mnie charakteryzuje, jakim jestem typem człowieka w pracy/działaniu (jedyny "Wódz" w grupie !!)itp. Te warsztaty nie ukazały mi dużo nowych faktów o sobie, ale pokazały jak poprosić innych o pomoc, jak zrobić dobre wrażenie, jak pozyskać zwolenników swoich pomysłów itp...no tak, ale wiedza, a praktyka to zupełnie co innego o czym zaraz.
Dalsza część programu nie przedstawiała się tak ciekawie. Po obiedzie odwiedziła nas nasza opiekun..."Jest dobrze, ale róbcie więcej, lepiej, szybciej i jeszcze raz więcej" - tak w jednym zdaniu można opisać te dwie godziny. Potem przy dużej dozie zniecierpliwienia wpadł szanowny Pan Kanclerz (największa szycha, szef wszystkich szefów WSG) - pozytywny człowiek, z masą historii (np sprzedaż "malin":) w latach 70), idei i mocy do działania. Choć na dłuższą metę chłopak nas zanudził, ale grzaniec którego nam sprezentował podtrzymał umysły przy życiu.
Główną atrakcją tego wyjazdu miała być popijawa z wesołym porankiem...no niestety dla mnie wieczór skończył się po pierwszej w nocy wielką awanturą z siostra i przyszłym szwagrem.
Nie chodzi o co poszło, najgorsze jest to że musieli to znieść nasi znajomi z SS, że przez tą chwile pokazał się człowiek, którego próbuje się pozbyć z własnego umysłu. Przepełniony złością, agresją, chamstwem i gniewem. Boli też to, że cały wieczór ktoś bardzo bliski wbijał mi igły w czułe punkty, a na końcu próbował to wszystko rozerwać na strzępy kilkoma zdaniami. Choć teraz jestem dumny że w porę się ogarnąłem i odszedłem z dumą na twarzy, a nie pozostałem niszcząc wszystko i czerpiąc satysfakcję z nic nie znaczącego zwycięstwa.
Wróciłem do własnego kąta, na nogach ponownie zauważając piękno w tym "brzydkim" mieście wsłuchując się w tą
melancholijną nutę...

Dobranoc.