czwartek, 17 września 2009

Koniec lata

Jak widać najcieplejsza pora roku zrobiła sobie dogrywkę i skwar z nieba nie odpuszcza.
Z moich planów nie wypalił tylko wyjazd na kiteboarding do Jastarni, zastąpił go rower i jego renowacja. Coś za coś.
Ale co można napisać o końcu września? Rutyna w porównaniu do wcześniejszych wariacji. Nuda wręcz. Budzę się rano, oglądam TV, marnuje się do obiadu, idę na kosza. Gramy do wieczora i potem książka/film/wyjście ze znajomymi...Co nie znaczy, że nie walczę z leniem. Wziąłem się za objeżdżanie okolicy Ustki na rowerze.
Czerwony szlak - klify
 Pierwsza trasa Ustka - Rowy miała jakieś 40 km. Nie tak źle, bo wracałem tak zwanym "czerwonym szlakiem". Wiedzie on po klifach, wydmach, wąskich ścieżkach i w większości jest pod górkę. Można się zmęczyć. Jednym słowem: polecam!
Potem wybrałem się do dziadka na Wodnice tyle że przez las, kontynuując podróż "czerwonym szlakiem". Zobaczyłem nowy most na rzece i w drodze powspominałem chwile z dzieciństwa kiedy na wsi siedziałem całymi dniami.
A wczoraj trochę może przesadziłem, bo wstępnie miałem objechać jezioro Gardno, a zahaczyłem o Rowokół, wzniesienie (115m n.p.m.) z wieżą widokową. Ale za nim tam dojechałem pomyliłem drogę z trzy razy, wpadłem dosłownie po uszy w pokrzywy, pogoniła mnie niemiła pani z pomostu (fakt, był tam zakaz wjazdu rowerem) i takie podobne trudności stanęły mi na drodze. Można powiedzieć, że było to wesołe 80 kilometrów :)
Widok z Rowokołu na jezioro Gardno.
Kilka lat temu był tu przejazd...dziś są pokrzywy i kleszcze.
 A dalej co? Jeszcze czeka mnie wyprawa na południe (jakieś wioski koło Słupska?) i zachód od Ustki (Dąbki?). Może już na nowym rowerze Popularnym z 1958 roku.
Jakoś nudę trzeba tłamsić...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz